poniedziałek, 4 marca 2013

Stosik triumfalny

Hurra, hurra! Wracam z pracy, a tu paczka. Redakcja "Biblionetki" (www.biblionetka.pl) nagrodziła moją recenzję książki Doris Lessing pt. "Spacer w cieniu". Nagroda, samodzielnie wybrana, prezentuje się tak:
 
 
1. Umberto Eco: "Wyznania młodego pisarza"
 
2. "Bergman. Rozmowy" (przeprowadzili: Olivier Assayas i Stig Bjorkman)
 
3. Orhan Pamuk: "Pisarz naiwny i sentymentalny".
 
Wybór książek był podyktowany ciekawością tego, co pisarze mają do powiedzenia o pisaniu, na ile uchylą rąbka tajemnicy w kwestii własnego warsztatu. I Bergman. Dla mnie zaistniał jako ktoś obdarzony dużą wrażliwością i intuicją, poszukiwacz głębszego wymiaru życia, trochę mroczny. Ciekawe, czy zapis przeprowadzonych z nim rozmów wniesie coś nowego do tego obrazu, a może go zweryfikuje?
 
Wybaczcie chaotyczne zdjęcie, ale śpieszno mi było do podzielenia się radosną wiadomością. :)

niedziela, 3 marca 2013

I znów filmowo - "Fryzjerka" (2010)

Na komediodramat pt. "Fryzjerka" (prod. Niemcy) trafiłam wczoraj przypadkiem w TVP Kultura. Opowiada o kobiecie samotnie wychowującej córkę, zmagającej się ze stratą męża, nadwagą, brakiem gotówki... Życie. Kathi ma marzenie, chce otworzyć własny salon fryzjerski... Co wydarzyło się dalej, nie zdradzę. Powiem jedynie, że pokochałam Kathi od pierwszego wejrzenia, i że film polecam. To solidny haust pozytywnej energii, przekazany w inteligentny sposób. Kino europejskie górą! :)
 
A filmowa Kathi wygląda tak:
 

Wiedeńskie spotkanie - "Przed wschodem słońca"

Czasem jest tak, że przypadkiem wstrzeliwuję się w jakąś filmową scenę w tv, wciągam się i zostaję z filmem do końca. Obiecuję sobie obejrzeć całość, po czym zapominam. Po jakimś czasie znów trafiam na jakiś fragmencik, itd. Do takich obrazów filmowych należy "Przed wschodem słońca". Usłyszałam ostatnio, że w kinach ma być kontynuacja filmu (trzecia część) i postanowiłam bezzwłocznie uzupełnić braki. To była dobra decyzja.
 
Film to opowieść o Spotkaniu. Ona i on przypadkiem trafiają na siebie w pociągu, zaczynają rozmawiać i jakoś tak trudno im się rozstać. Decydują się spontanicznie, żeby wysiąść w Wiedniu i ... no właśnie co? Po prostu spędzić ze sobą czas, podążać tam, gdzie nogi i temat rozmowy poniosą... Nie ma schematu, nie ma planu, nie ma pośpiechu. Są na siebie otwarci i siebie ciekawi... pojawia się wzajemne przyciąganie. Nie zdradzę zakończenia, ale z pewnością jest dalekie od sztampy charakterystycznej często dla filmów podejmujących temat miłości.
 
Klimat filmu jest poetycki, nastrojowy, nieśpieszny, wraz z bohaterami doświadczamy rodzącej się intymności. Jakby czas przestał istnieć i otworzył się jakiś metafizyczny wymiar... Słowa zaczynają tu być niewystarczające. Jeśli jest niebo, to wraz z bohaterami filmu stajemy w jego przedsionku. Ta rodząca się magia zaprasza bohaterów do kontynuacji wspólnego bycia... Czy je przyjmą?
 
 
- ... Ale kochać i być kochaną dużo dla mnie znaczy. Niby zawsze się z tego śmiejemy, ale czy to, co robimy w życiu, to nie dążenie do bycia kochanym odrobinę więcej?

- Właściwie sam już nie wiem. Czasami myślę o tym, że mógłbym być dobrym ojcem i mężem i naprawdę gdzieś blisko to czuję, ale później to wydaje się głupie, jakby miało mi zrujnować życie. Nie jest to strach przed zobowiązaniami czy niemożnością kochania. Nie o to chodzi. Jeżeli miałbym być szczery ze sobą, myślę, że wolałbym umrzeć, wiedząc, że jestem w czymś dobry... że naprawdę osiągnąłem szczyty w jakiejś dziedzinie niż być w jakimś miłym związku.

- Chyba tak. Kiedyś pracowałam dla starszego człowieka. Powiedział, że spędził całe życie na pracy i robieniu kariery. Miał pięćdziesiąt dwa lata, kiedy dotarło do niego, że nic z siebie nigdy nie dał. Jego życie było tylko dla niego. Prawie płakał, mówiąc mi to. Wierzę, że jeśli istnieje jakiś Bóg, nie mógłby żyć w nas, ani w tobie ani we mnie, ale w tej małej przestrzeni pomiędzy. Jeśli na świecie jest jakaś magia, to musi być ona w próbie zrozumienia kogoś, dzieleniu się czymś. Wiem, że to prawie niemożliwe do osiągnięcia, ale kogo to obchodzi? Odpowiedź musi być w tych próbach dotarcia do kogoś.

sobota, 2 marca 2013

Nie oceniać po okładce?

Ostatnio, gdzieś w internetowej księgarni, poczułam się nęcona. I to w dwójnasób. Z jednej strony swój czar rozsiewała książka pt. "Złodzieje nieba": "Chodź, chodź, opowiem Ci o miłości, tej jedynej i prawdziwej... i o sztuce... i o Paryżu... czy może być piękniejsze połączenie? Zobacz, jakie niebo...". Z drugiej - coś zamigotało świetliście, szepcząc: "Ogrzeję cię. Tak tu ciepło i przyjaźnie... Poczujesz się jak w domu..." To była "Herbaciarnia Madeline". Zatrzymałam się, popatrzyłam... i odeszłam, przechodząc do zaplanowanych wcześniej zakupów.
 
Uczę się na doświadczeniach. Jakiś czas temu, zachęcona pozytywnymi opiniami z sieci oraz zmysłową okładką, skusiłam się na "magiczną" powieść Eric Morgenstern pt. "Cyrk nocy"... i dupa. Żadnej czytelniczej chemii;). Pojawiło się natomiast żółte, ostrzegawcze światło: "Uważaj, aby z Czytelniczki nie stać się Konsumentką". Jedni w książkach poszukują duszy, piękna... dla innych to tylko interes, jak każdy inny - z obowiązkową dbałością o atrakcyjne opakowanie produktu i odpowiednią reklamę.
 
I tak, wiedziona ostrożnością, zamieszczę tu jedynie okładki "uwodzicielek". Może kryje się za nimi coś więcej, ale nie uwierzę, zanim nie przeczytam chociaż fragmentu. A tymczasem niech cieszą oczy moje i Odwiedzających, w końcu taka ich rola;) :
 
 
 
 
 Idąc okładkowym tropem, przypomniał mi się przypadek odwrotny, to znaczy, kiedy piękną poetycką powieść Virginii Woolf pt. "Fale" wydano na żółtym, grubym papierze oprawionym w szaroburą okładkę z czarnobiałym zdjęciem głowy Autorki. Hmm... na jej miejscu, chyba pokusiłabym się o chwilowy powrót zza grobu i postraszenie wydawcy... Oto dowód:
 
 
Najpiękniejsze egzemplarze książek to te, w których forma harmonizuje z treścią, a najbardziej, najbardziej na świecie lubię te ilustrowane przez samych Autorów i Autorki:). Być może poświęcę im jeden z kolejnych wpisów.
A jakie są Wasze okładkowe typy? Czy macie swoje okładki-piękności, okładki-uwodzicielki i okładki-koszmary?

piątek, 1 marca 2013

Wiosna w bibliotece

Postanowiłam trochę życia tchnąć w moją bibliotekę i w tym celu udałam się do antykwariatu. Wprawdzie zarzekałam się już kilka razy, że ze względu na żenująco niskie stawki oferowane nawet za prawie nowe książki, już nigdy tam nic nie oddam... ale niechęć do przekształcenia biblioteczki w książkograciarnię okazała się silniejsza. No i więcej wolnej przestrzeni by się przydało...
Wyselekcjonowałam zatem dziesięć woluminków (jedenasty w locie przechwycił A. z intencją przeczytania) i udałam się do antykwariatu. Pani za ladą była zainteresowana wszystkimi, a kiedy podała oferowaną kwotę, to w pięty mi poszło. Hmm.. , przestrzeni na negocjacje to raczej tam nie było: ''Bierz, co dajemy lub znikaj". No to zdecydowałam się na sfinalizowanie tej jakże mało satysfakcjonującej transakcji, ale przed zniknięciem zatrzymałam się przed antykwarycznymi półkami i kupiłam małe co nieco. Wydałam całą zarobioną kwotę... taka ze mnie bizneswoman;)
A oto zdobycze:
1. Zbiór opowiadań Ursuli K. Le Guin.
2. "Julie and Julia" Julie Pawell.  (Stała się kanwą do scenariusza filmu o tym samym tytule. Polowałam na nią od dawna. Mój egzemplarz jest w oryginalnej wersji językowej. Bez słownika się nie obejdzie...)
3. I perełka: "Samotnia" Dickensa z 1975 roku; ilustrowana. (Już czytam...)
 

LinkWithin

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...